„Wrzesień dla Jeruzalem” – wolontariat 7-osobowej grupy wolontariuszy w "Domu Pokoju" na Górze Oliwnej

Nadszedł koniec!

Czas płynie nieubłaganie szybko…niestety. Nasz pobyt na Górze Oliwnej dobiegł końca. Ostatni tydzień minął jak mrugnięcie okiem. Wyjechaliśmy z ogromnym żalem, ale również z wielką radością i pokojem w sercu, że mogliśmy przeżyć taką przygodę.

Piątek był dniem pakowania, sprzątania, a przede wszystkim pożegnań. Zaczęliśmy od Mszy Świętej, na której dzieci zaśpiewały ‘Here I Am to Worship’ tak pięknie, że łzy zakręciły się w naszych oczach ;) Po obiedzie udało nam się zrealizować ostatni projekt, z myślą o nadchodzących świętach Bożego Narodzenia, zdjęcia w strojach jasełkowych. Mimo wielkiego zamieszania, przebierania, ustawiania do zdjęć..uspokajania dzieci….zrobiliśmy kilka dobrych zdjęć, które siostry wykorzystają jako kartki świąteczne ;)

Po kolacji pożegnaliśmy się z dziećmi i siostrami. Dostaliśmy piękne krzyże i różańce z drzewa oliwnego, a sami wręczyliśmy wszystkim własnoręcznie zrobione bransoletki.

Ostatnia wspólna modlitwa na dachu, ostatnie spojrzenie na Jerozolimę i ruszyliśmy do Tel Awiwu i dalej do Warszawy…

Teraz każdy z nas jest w swoim domu…Miesiąc spędzony w Domu Pokoju wśród sióstr i dzieci był czasem niezwykłym. Był przygodą, zmaganiem się ze słabościami, wykazaniem się swoimi umiejętnościami, pokonywaniem barier, ćwiczeniem cierpliwości, wytrwałości, pokory, czasem modlitwy. Na pewno to doświadczenie przyniesie wspaniałe owoce w nas, mamy nadzieję, że udało nam się coś dobrego wnieść w życie dzieci i, że siostry będą nas wspominać z uśmiechem. Oczywiście to nie koniec naszej współpracy z siostrami i pomocy dzieciom.

Dziękujemy po pierwsze Bogu, że mieliśmy szansę być w Jerozolimie i kroczyć śladami Chrystusa. Dziękujemy siostrom za miłość i ciepło które nam okazały. Dziękujemy dzieciom za radość, którą czerpaliśmy z czasu spędzonego z nimi.

Jeruzalem nie zapomnę o tobie!

Asia

a co my tu robimy?

Przypadło mi w udziale opisać pierwsze dni ostetniego już dla nas tygodnia w Jerozolimie. Pełni werwy po niedzielnym wypoczynku pod palmą zakasaliśmy rękawy do pracy. Za cel obraliśmy sobie: męska część wykończenie projektu domku dla dzieci, damska natomiast zajęła się architekturą krajobrazu wprowadzając weń nowy element- przecudnej jak się późiej okazało urody skalniak. W pocie czoła my, dziewczyny wnosłyśmy cały potrzebny nam materiał, (biorąc pod uwagę drogę jaką musiałyśmy pokonać czyli wysokie wzniesienie, na którym stoi dom oraz wuchtę schodów było ciężko) materiału tego było jakieś pół tony żwiru i cztery tony kamieni*. Perełkami tego prejektu są elementy znalezione na pobliskim śmietniku do którch należą donica wieńcząca całość oraz trzy półki które staną się doniczkami miejmy nadzieję już jutro. Efekt końcowy zaskoczył nas wszystkich mimo iż tylko my wiemy ile potu wylałyśmy w drodze od kamieniołomu -czyli przestrzeni przed domem na górę. Wykonawcami drugiego projektu byli Ksiądz i Hubert. Domek powstał z dwóch łóżek i daszków, które zostały z placu zabaw, czyli w pełni ekologiczny budynek. Po trzech dniach solidnej inżynierskiej roboty i po magicznym dotknięciu pędzla domek jest gotowy i wygląda jak ten słodki, wyciągnięty z “Jasia i Małgosi”. Obie te rzeczy miejmy nadzieję zostaną po nas dłużej w tym domu, z którego juz niedługo wyjeżdzamy…

*dane nie zostały zweryfikowane przez niezależną grupę amerykańskich naukowców, a są jedynie wyrazem naszych subiektywnych odczuć

Paulina

Nasze plany runęły…

Czasami zastanawiamy się dlaczego, to co zaplanowaliśmy nagle nie wychodzi…Taką sytuacja spotkała mnie i Iwonę w sobotni poranek. Chciałyśmy zabrać się z grupą pielgrzymów do Galilei (Iwona nie była z nami poprzedniego dnia) i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że zgubiłyśmy się w drodze do Domu Polskiego, mimo tego, że „znałyśmy” drogę i niestety wycieczka pojechała bez nas…ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło..Zrezygnowane udałyśmy się do Grobu Pańskiego na Eucharystie, po której doszłyśmy do wniosku, że była to dla nas wielka lekcja pokory . Z każdej, nawet z pozoru najgorszej sytuacji da się wyciągnąć jakąś naukę:) Reszta dnia minęła pod hasłem „sprzątanie domu”. Dzieci często migają się od pracy i musimy je troszeczkę poganiać, ale oczywiście są i takie, które nie chcą naszej pomocy np. czterolatka, która sama! myje całe schody i prawie wpada w płacz, gdy zabiera się jej szmatę :)

Niedziela…no i jak to ostatnio często bywa, nie robimy tego co planujemy…Nieoczekiwanie okazało się, że grupa pielgrzymów, którzy nam „uciekli” w sobotę, ma 8 wolnych miejsc w autokarze i, że możemy się z nimi zabrać nad Morze Martwe..Taka okazja, ale przecież mieliśmy inne plany, pracę z dziećmi…wszystko rozpisane niemalże do minuty, ale s. Szczepana stanowczo powiedziała „Macie jechać, taki jest rozkaz” i skorzystaliśmy. Zabrała się z nami Pani Teresa, wolontariuszka, która przyjechała na Gorę Oliwną dwa dni temu:) W drodze zatrzymaliśmy się na Pustyni Judzkiej…niesamowite widoki! Mogliśmy trochę pooddychać naprawdę gorącym i suchym powietrzem, jednak upał tam panujący był dość wyczerpujący. I pomyśleć, że Pan Jezus był tam, aż 40 dni…jedna z nas skomentowała to tak: „Oj Panie Jezu ty to byłeś naprawdę szalony:)” Po odpędzeniu się od nachalnych sprzedawców chust i koralików (tak, oni są nawet na pustyni) ruszyliśmy dalej. Widoki zapierające dech w piersiach, minęliśmy Qumran i Masadę i w końcu wylądowaliśmy na plaży Morza Martwego. W największej depresji na świecie wcale nie mieliśmy depresji:) wręcz przeciwnie…wypluskaliśmy się, wygrzaliśmy…było jeszcze goręcej niż na Gorze Oliwnej. Ludzie, z którymi jechaliśmy okazali się bardzo sympatyczni, była to grupa polaków, którzy mieszkają w Szwecji i do tego Salezianów…co za zbieg okoliczności.

Po powrocie do Domu Pokoju czekały na nas dzieciak, które myślały, że byliśmy w Polsce:) Zabawne są te nasze szkraby:)

Czasem trzeba się poddać temu, co przynosi dzień…nawet jeśli wydaje nam, że „nasze plany runęły”, Pan i tak ma swój pomysł na nasze życie:)

Asia

Śladem „Kroczącego po jeziorze…”

Piątek, tak jak wcześniej wspominaliśmy, jest dniem wolnym dla dzieci. W związku z tym siostry zorganizowały wyjazd do Galilei. Choć miał być on niespodzianką (jak to często bywa z tajemnicami ;) już kilka dni wcześniej dzieci podeksytowane wypytywały nas o szczegóły. W czwartek wyręczyliśmy dzieci w ich obowiązkach dotyczących sprzątania aby po powrocie ze szkoły mogły poświęcić czas na naukę i przygotowanie do sobotnich lekcji i wyjazdu.

Kiedy nadszedł wyczekiwany dzień, po dźwięku słynnego już dzwonka, rozległ się gwar. Dziewczynki wpinały kolorowe spinki i chwaliły się pięknymi sukienkami a chłopcy eleganckimi koszulami…oczywiście aby mój opis nie był przejaskrawiony, przygotowaniom tym towarzyszyły również poszukiwania zgubionych skarpetek, butów, gumek, spinek i innych niezbędnych elementów ekwipunku pielgrzyma ;) Kiedy w końcu udało nam się przygotować wszystkie dzieci, rozpoczęliśmy Mszę Św. Jak zwykle odprawił ją nasz „Father” – ks. Krzysztof, który specjalnie dla dzieci nauczył się liturgii w języku – „english” ;) . Muszę wspomnieć, że nasze wspólne Msze Św. z dziećmi są czymś szczególnym. W pieśniach, modlitwach i słowie Bożym mieszają się trzy języki: polski, arabski i angielski a mimo to jest to jedna piękna wspólnota – wspólnota Domu Pokoju, której przez miesiąc mogliśmy być członkami. Zaangażowanie dzieci na Mszy Św. czasem wymyka się spod kontroli czego przykładem był 6-letni wychowanek. Wyraźnie przejął się swoja rolą ministranta, chciał zastąpić księdza w sprawowaniu Eucharystii. Jednak próba zawłaszczenia ampułek z woda i winem spełzła na niczym a chłopiec przez najbliższy czas będzie musiał pobrać korepetycje z zadań ministranta.

Po Mszy Św. i śniadaniu, przygotowaniu stosu kanapek i rogalików – wypieków sióstr, ruszyliśmy do Galilei. Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy była góra Ośmiu Błogosławieństw. Obecnie na jej szczycie znajduje się kaplica otoczona pięknym kwiecistym ogrodem. Wewnątrz świątyni na kopule umieszczone są poszczególne błogosławieństwa. Dalej przemieściliśmy się do Tabghi – miejsca gdzie Pan Jezus poprzez rozmnożenie chleba i dwóch ryb nakarmił tłum 5000 ludzi, którzy przyszli słuchać jego nauki. Wydarzenie to upamiętnia Kościół Rozmnożenia i słynna mozaika przedstawiająca kosz chleba i dwie ryby. Następnie spacerkiem udaliśmy się nad brzeg jeziora Galilejskiego, które słusznie nazywane jest morzem Galilejskim ze względu na dużą powierzchnie jaką zajmuje. Nad jego brzegiem znajduje się mały kościół Prymatu św. Piotra. Miejsce to upamiętnia trzecie po Zmartwychwstaniu spotkanie Jezusa z uczniami. We wnętrzu kościoła na ołtarzu znajduje się skała na której Jezus przygotował dla swych uczniów posiłek, kiedy ci wracali z połowu. Obok kościoła, nad brzegiem jeziora leżą trzy duże kamienie w kształcie serca, umieszczone tutaj na znak trzech pytań, które Jezus skierował do św. Piotra : „Czy mnie kochasz? (J 21, 15-19)”. Spoglądając na taflę jeziora, malowniczo położonego wśród zielonych gór słowa ewangelii stają się niezwykle wyraziste i nie mal widzi się Jezusa kroczącego po wodzie. Dzieci z radością znużyły stopy w ciepłej wodzie, zbierały kamyki i muszelki. Miejsce to budzi w sercu poczucie bezpieczeństwa i Bożej obecności dlatego każdemu z nas trudno było je opuścić ale czekały na nas kolejne ważne miejsca. Udaliśmy się do Kafarnau – „Miasta Jezusa”. To tutaj nauczał w synagodze, której ruiny zachowały się do dziś a swój dom miał św. Piotr., dom w którym Jezus często przebywał i uzdrowił jego teściową. Nad domem św. Piotra znajduje się nie mal zawieszony w powietrzu kościół w kształcie łodzi. Po wejściu do środka wspólnie pomodliliśmy się i uwielbiliśmy Pana pieśniami po łacinie, angielsku, polsku i arabsku. Po wyjściu z kościoła okazało się że drobny deszczyk, który przywitał nas w Kafarnau zmienił się w pokaźny opad. Na znak siostry Szczepany każdy z nas wziął jedno z małych dzieci i rozpoczęliśmy bieg do autokaru. Pewnie osoby, które są teraz w Polsce mają już dość deszczu ale dla nas, a szczególnie dla dzieci, chłodny deszcz po długim okresie upałów był niezwykle ożywczy więc bieg ten był dla nas wszystkich niezłą frajdą – prysznicem z nieba :) Ostatnim punktem programu była rzeka Jordan – miejsce chrztu Jezusa, gdzie nadal wiele osób tutaj zaczyna swoją chrześcijańską drogę – czego mieliśmy okazję być świadkami. Po powrocie do autokaru rozpoczęliśmy wspólną kanapkowo – rogalikową ucztę a następnie wyruszyliśmy w drogę powrotną przez pustynie Judzką. Na początku zorganizowaliśmy dzieciom krótki quiz wielotematyczny, który wywołał sporo śmiechu. Dalszą część drogi nasze aniołki zmęczone zasnęły nam na kolanach, a my z zapartym tchem podziwialiśmy piękno pustynnego krajobrazu i palestyńskich wzgórz. Cóż można dodać – Galilea pozwoliła nam kolejny raz nie tylko usłyszeć ale i zobaczyć słowa zapisane w Ewangelii i miejsca, po których kiedyś chodził Pan Jezus.

Emilia

Kiedy myślę Jerozolima…

Kiedy myślę Jerozolima to przed moimi oczami roztacza się cudowny widok Starego Miasta, który od trzech tygodni towarzyszy nam każdego dnia – rano, w południe, wieczorem i w nocy. Jednak Jerozolima to dla mnie nie tylko wąskie uliczki zapełnione ludźmi różnych wyznań, kultur i narodowości, to nie tylko przepełnione stragany na których można kupić dosłownie wszystko (od rzadko spotykanych przypraw, przez bardzo różnorodne słodycze do butów ze skóry wielbłąda i „kaszmirowego” szalu). Jerozolima to dla mnie przede wszystkim Dom Pokoju. Dom Pokoju, w którym wbrew pozorom rzadko bywa spokojnie:] Minęły już trzy tygodnie od chwili gdy przyjechaliśmy tu by całym  sercem i zaangażowaniem służyć drugiemu człowiekowi. Czas spędzony z dziećmi i siostrami jest naprawdę wyjątkowy, wyjątkowy pod każdym względem. Nie są nam już straszne żadne codzienne obowiązki, ani poranne wstawanie (dla niektórych już o 5.30! dla innych nieco późniejJ) i odprowadzanie dzieci do szkoły, ani ich przyprowadzanie, pomoc w lekcjach czy wreszcie ich usypianie. Mimo zmęczenia i trudu, które odczuwa każdy z nas, czujemy wielką radość i satysfakcję z tego, że dane nam jest tu być i pracować wśród „naszych” dzieciaków. Zapytacie skąd bierzemy na to wszystko siły? Jak to mawia s. Szczepana – a no stąd – i wskazuje na zawieszony w kaplicy Krzyż. Bardzo namacalnie mogliśmy doświadczyć tego wczoraj, gdy na wąskich i zatłoczonych uliczkach Via Dolorosa odprawiliśmy Drogę Krzyżową rozważając teksty przygotowane na tegoroczne ŚDM. Uczucia, które nam wówczas towarzyszyły są nie do opisania. Możliwość kroczenia i rozważania męki Pana dokładnie w tych miejscach, gdzie 2000 lat temu dokonało się zbawienie świata to ogromna łaska, za którą codziennie dziękujemy Panu. Różnorodność religijna przejawiła się również w naszym następnym punkcie programu. Po odprawieniu Drogi Krzyżowej udaliśmy się do meczetu Al-Aksa, gdzie na Wzgórzu Świątynnym doświadczyliśmy piękna odmienności religii muzułmańskiej. Oprócz wielkiego oddania modlitwie i skupienia towarzyszącego modlącym się tam wiernym zauważyliśmy także przywiązanie do kultury i obyczajów panujących w tym miejscu. Ku naszemu zaskoczeniu tuż po wejściu na teren meczetu mężczyzna pilnujący porządku od razu zwrócił nam uwagę na nasz niestosowny strójL Dopiero całkowite zakrycie nóg i dekoltu otworzyło nam drogę do jednego z najważniejszych miejsc świętych islamu. Środa upłynęła nam na przygotowaniu domu przed wizytacją biskupią. Po mozolnym myciu podłóg i wycieraniu kurzy przyszedł czas na odpoczynek i wytchnienie. Popołudnie wypełniła nam praca i zabawa z dziećmi, które stają się nam coraz bliższe i bardziej posłuszneJ Przed nami dwa kolejne tygodnie zmagania się z naszymi codziennymi problemami i słabościami. Jednak stojąc pod Krzyżem Pana na Golgocie mogę powiedzieć z całą pewnością, że nasze problemy i troski są niczym w porównaniu z łaską i miłością, której doznajemy tu każdego dnia.

Iwona

Niedzielny czas :)

W niedziele większość sklepów jest normalnie otwarta. Różne urzędy mają taki zwyczajny dzień pracujący. Można powiedzieć, że dla wielu osób to kolejny zwykły dzień. Jednak dla nas niedziela zawsze się odznacza. Ma swój świąteczny charakter. Z samego rana jest Msza Święta z udziałem wszystkich dzieci. Siostry dbają o to by miały świadomość uroczystości i zawsze na Mszę Świętą są ubrane odświętnie. Później bardziej uroczyste śniadanie. Do obiadu jest nauka ale po szkolnych obowiązkach trzeba trochę odpocząć. Tym razem wybraliśmy się całą grupą na plac zabaw w dzielnicy żydowskiej. Siostra Szczepana bardzo dokładnie nam wytłumaczyła drogę ale jak się idzie z 20 dzieci które wiedzą gdzie iść czasem można ją zgubić:) Wyprawa zaczęła się od jazdy autobusem a potem spory kawałek pieszo. Po marszu przez zielony park dotarliśmy do Garden Bell:) Na początku wydawało mi się, że plac zabaw jest za duży i każde dziecko pójdzie w inną stronę. Okazało się jednak że siłownia na powietrzu, boisko do kosza czy też zjeżdżalnie to wielka frajda dla nich. Sama w pewnym momencie mogłam poczuć się jak dziecko. Gdy bawiliśmy się w berka lub gdy robiłam wianek dla jednej z dziewczyn. Czas tak szybko tam płynął, że nie wiedziałam kiedy nastała pora na powrót. Podzieliliśmy się na 2 grupy. Maluchy pojechały z siostrą samochodem a starsze dziewczyny z nami wracały całą drogę pieszo. Nastąpiło małe opóźnienie na kolację ale czego się nie robi dla zdrowia fizycznego;) Po drodze czasem słyszałam nie dam rady, za daleko lub jestem zmęczona. Jednak kondycja fizyczna też jest bardzo ważna więc dopingowaliśmy dziewczyny by dzielnie szły dalej. Jak to się mówi w zdrowym ciele zdrowy duch. Ostatnio wiele dzieci ma różne przeziębienia i katary więc dłuższy spacer był bardzo wskazany ;)

Była to dla mnie taka prawdziwa świąteczna niedziela, najpierw oddaliśmy chwałę Bogu a potem świętując dalej niedzielny czas spędziliśmy na zabawie i jednocześnie na odpoczynku z dziećmi.

Agnieszka

Czas niespodzianek :)

Chociaż nasze tutejsze życie nabrało już pewnego dość stabilnego rytmu i wiele czynności wykonujemy rutynowo, to jednak ostatnie dni przyniosły nam sporo niespodzianek.

Pierwsza z nich czekała już w piątek rano. Jak co tydzień poszliśmy o 7.00 do kaplicy na Mszę Świętą i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że… na Eucharystię nie przyszedł ojciec dominikanin, który miał ją dla nas odprawić po angielsku. Sytuację uratował nasz ksiądz Krzysztof – błyskawicznie (dosłownie w 5 minut) nauczył się liturgii w obcym dla siebie języku i przy wsparciu tłumacza (Iwonki) udało mu się nawet powiedzieć zrozumiałe dla naszych dzieciaków kazanie. Byliśmy z niego dumni :)

Wieczorem okazało się, że następnego dnia połowa naszej grupy może pojechać wraz z pielgrzymami z Polski na cały dzień do Galilei. Bardzo nas to ucieszyło i po krótkiej dyskusji wybraliśmy grupę szczęśliwców – Agnieszkę, Emilkę, Paulinę i Huberta. Pełni entuzjazmu wstali oni o 5 rano i pognali pod Dom Polski. Po krótkiej rozmowie okazało się, że prawie wszystko się zgadza – pielgrzymi rzeczywiście są Polakami, za chwilę wyjeżdżają z Jerozolimy, mają wolne miejsca w autokarze, ale… jadą do Cezarei, a nie do Galilei. Tak więc w tej sytuacji nasza grupa wróciła już z nieco mniejszym entuzjazmem z powrotem do domu. Widząc ich smutek, siostra Szczepana jak zwykle wymyśliła na poczekaniu alternatywne rozwiązanie – zasugerowała nam pójście do Betanii. Udaliśmy się tam naszym ulubionym środkiem lokomocji – pieszo (Betania jest po drugiej stronie Góry Oliwnej, więc raczej niedaleko). I tu początkowo znów wszystko się zgadzało – szliśmy około pół godziny, doszliśmy do muru… Tylko że nigdzie nie było widać check – pointu… Okazało się, że trochę pomyliliśmy drogę i jesteśmy nie w tym miejscu, gdzie być powinniśmy :) W końcu jednak udało nam się dotrzeć szczęśliwie do celu – zmęczeni, ale i zadowoleni dotarliśmy do miejsca spotkania Pana Jezusa z Marią i Martą. Zastukaliśmy do bramy wejściowej. Drzwi otworzyła nam siostra zakonna i… słysząc, że nie jesteśmy prawosławni, ze smutkiem oświadczyła, że nie może nas wpuścić do środka. Kolejna niespodzianka tego dnia ;) Na szczęście jednak blisko znajdował się grób Łazarza i katolicki kościół tuż obok niego, gdzie nikt już nie bronił nam wstępu (chociaż właśnie zaczynała się sjesta i ledwo zdążyliśmy do niego wejść). Świadomość, że znajdujemy się w miejscu, gdzie ponad 2000 lat temu martwy człowiek został przywrócony do życia, zrobiła na mnie wrażenie i napełniła nadzieją… Dla Boga naprawdę nie ma nic niemożliwego :)

Wieczorem, po wypełnieniu swoich obowiązków, udało nam się spotkać z grupą pielgrzymów z Polski. Ich przewodnikiem był ks. Tomek – salezjanin pochodzący z naszej poznańskiej parafii. I tu czekała (tym razem tylko na mnie) kolejna niespodzianka – okazało się, że pielgrzymi przybyli z moich rodzinnych stron i wszyscy znają malutką miejscowość, z której pochodzę :) Niesamowite. Spędziliśmy w ich towarzystwie bardzo miły wieczór, przechadzając się uliczkami nowej części Jerozolimy.

Patrząc na wczorajszy dzień i nasze błądzenia, na usta same cisną mi się słowa piosenki „A Bóg map nie rozdaje, Bóg map nie rozdaje”… I prowadzi nas tu własnymi ścieżkami, czasami innymi niż my sami sobie wymyślimy. I dobrze – przynajmniej uczymy się trochę pokory i zaufania. W końcu jakby nie było wszystkie ścieżki i tak prowadzą nas do jednego celu – w górę (i to nie tylko Oliwną) :)

Ala

Nasz pobyt tutaj to wielka łaska…

Nasz pobyt tutaj to wielka łaska dla każdego z nas i niepowtarzalne doświadczenia. Dzisiaj w święto Podwyższenia Krzyża Świętego wybraliśmy się na poranną Eucharystię do Bazyliki Grobu Pańskiego. To szczególne miejsce, żeby przeżywać to święto. Wszakże to tu Chrystus umarł na krzyżu i tu szczególną czcią otacza się relikwie drzewa, które nosiło ciało Chrystusa. Mieliśmy też okazję spotkać siostry salezjanki z Polski, które w Jerozolimie odprawiały swoje rekolekcje. Aby dalej świętować naszą radość wyruszyliśmy wąskimi uliczkami starego miasta ku szerszym ulicom współczesnej Jerozolimy i tak trafiliśmy na ruchliwy deptak Ben Yehuda gdzie wzmocniliśmy się smakowitymi bułeczkami i cappuccino. Nasze niewiasty oczywiście wyruszyły na shoping z okrzykiem: nareszcie są ceny jednak po dłuższych przeglądach doszły do wniosku, że lepsze upusty mają u Arabów na swoje piękne oczy. Największą zabawę mieliśmy jednak w sklepie z grami logicznymi i drewnianymi łamigłówkami. Każdy z nas z większym lub mniejszym sukcesem próbował swoich zdolności przestrzennego i logicznego myślenia. Już powoli staliśmy się dla dzieci częścią tego domu, nie postrzegają nas jak obcych albo przybyłych na krótkie odwiedziny. Przekłada się na większe lub mniejsze sukcesy wychowawcze chociaż i porażek też nam nie brakuje. Każdy dzień rozpoczęty Eucharystią jest dla nas nadzieją, że wrzucone ziarno dobra wcześniej lub później przyniesie owoce. A naszą lekcją jest nauka pokory i cierpliwości. Bo w pracy wychowawczej trzeba mieć pokory pełne wory i cierpliwości bez ilości :-)

ks. Krzysztof

Wieści z Jeruzalem!

Mija trzeci tydzień mija jak tu jesteśmy i myślę że wszyscy czujemy się podobnie, mianowicie coraz bardziej czujemy się tu jak w domu. Jak wcześniej już pisaliśmy siostry nas przyjęły niezwykle serdecznie, a dzieci mimo ich wybryków polubiliśmy całym sercem. Poza tym święte miasto, piękna Jerozolima stała się miejscem naszych codziennych wędrówek związanych z odprowadzaniem bądź przyprowadzaniem dzieci czy w czasie zakupów, podczas których swoją drogą już nie dajemy się oszukiwać jak większość turystów- my po prostu zaczynamy być “stąd”.

Między obowiązkami w domu wybraliśmy się wczoraj do dwóch niezwykle ważnych miejsc. Pierwsze z nich to kościół St. Peter in Galikantu- gdzie prawdopodobnie znajdował się pałac Kajfasza, jest to tym samym miejsce w którym kur zapiał po trzykrotnym zaparciu się Piotra. Pod świątynią znajdują się wykopaliska archeologiczne wskazujące na mieszczącą się tu wczesnochrześcijańską bazylikę oraz “prawdopodobnie” szczątki schodów pałacu Kajfasza. Miejsca, które odwiedzamy zwykle są opatrzone w przewodnikach dopiskiem “prawdopodobnie” lub “zgodnie z tradycją “jednak kiedy juz jesteśmy w takim miejscu wiemy że mniej historycznie, a bardziej tradcyjnie upamiętnia ono któreś z wydarzeń biblijnych co dla nas jest pooruszające, to wielka łaska że możemy tu być. Te wydarzenia być może działby się kilka metrów dalej, za rogiem ulicy, a my tu jesteśmy- to ma znaczenie.

Tego samego dnia udalo nam się być pod ścianą płaczu. Było to dla nas niezwykłe doświadczenie, my- dziewczyny mogłyśmy naruralnie tylko “podglądać” rozmodlonych mężczyzn. Mimo żaru lejącego sie z nieba, ponieważ byliśmy w tym miejscu około południa zastaliśmy tam sporo osób w tym również wiele kobiet. Ściana jest wypełniona intencjami wypisanymi na niewielkich karteczkach, które aż wypadają z jej szczelin. Widok modlących sie pod nią, czy płaczących, pocieszających się wzajemnie młodych ludzi robi niezwykłe wrażenie.

Reszta czasu upłynęla naruralnie pod znakiem opieki nad dziećmi. Ja w tym tygodniu zajmuje się przyprowadzaniem ich ze szkoły. Slalom między straganami z dwudziestką dzieci wydaje się czasem konkurencją niezwykle trudną jednak z pomocą starszych dziewczyn udaje się nam zwykle dotrzeć cało do domu. Dziś dodatkowo po powrocie czekała na nas w domu nespodzianka, obiad przygotowywały Asia i Emilka -muszę przyznać, że włoska pasta nigdzie nie smakuje lepiej niż tu!

Dziękujemy Panu, że poslał nas w to niezwykłe miejsce i z każdym dniem uzdalnia nas do pokonywania nowych trudności, które pojawiaja się z każdym dniem.

Z prośbą o modlitwę w naszej intencji, Paulina.

10, 11 września

Czy to, że zacząłęm się zastanawiać nad tym, czy bardziej będę tęsknił za Ziemią Świętą czy za kuchnią siosrty Lidii jest normalne? Nawet jeżeli nie, to warto podkreślić, iż siostra Lidia gotuje fenomenalnie. Nie, nie boję się pisać o takich zdawałoby się mało istotnych aspektach pobytu tutaj, bo przecież przez żołądek do zbawienia:D Poza tym po tym jak reszta wspaniałej grupy zdiagnozowała u mnie syndrom Jerozolimski (odsyłam do wikipedii) nic mnie już bardziej nie oczerni;] Cały czas trudno jest mi się przyzwyczaić do rytmu tygodnia, gdzie piątek jest wolny od pracy, sobota pracyjąca a Niedziela znów wolna. Chociaż w Izraelu typowe weekendowe dni to piątek i sobota, niedzielę świętuja jedynie chrześcijanie (piątek muzłmanie, sobotę żydzi). No właśnie, ta nieszczęsna pracująca sobota była równie ciężka dla wszystkich, nie tylko dla nas wolontariuszy.

Ojciec Krzysztof i ja zajeliśmy się wyrównywaniem drogi przed dmomem pokoju, dziewczęta zaś, które miały sie wybrać z rana do kościoła Pater Noster (zanim dzieci skończą zajęcia), życzliwie wyszły gdzy my skończyliśmy, (mogłoby się wydawać, że tak długo się ogarniały, ale ja wierzę, że one naprawdę chciały na nas poczekać, choziaż i tak nie poszliśmy:) Dopełnieniem sobotnich przygód był wyczym jednej z czteroletnich dziewczynek, która żądna przygód postanowiła wybrać się na samotną przejażdżkę autobusem, po tym jak nie zdążeła z niego wysiąść. Iwonka drżała resztę wieczoru z nerwów. Odreagowaniem dnia miała być wieczorna dyskoteka, jednak odreagowały* tylko dzieci ( *co oznacza, że my wręcz przeciwnie:). Po niedzielnej mszy, którą sprawował po angielsku ojciec Łukasz, dominikanin wraz z naszym ks. Krzysztofem mieliśmy chwilę wytchnienia, w obroty wzięła dzieci siostra Szczepana (oczywiście przy niej dzieci są kochanymi aniołkami:). Zajęcia plastyczne i popołudniowe wyjście do parku miało się do poprzedniego dnia jak my do naszych kochanych zachodnich sasiadów;] Mnie od tego spokoju aż głowa zaczęła boleć:D Chyba nie ma lepszego przykładu jakie cuda może zdziałać poranna Eucharystia.

Hubert

Obrazek